Każdy kto na poważnie ćwiczy swoje ciało wie, że potrzeba mu zdrowej diety. Żaden kierowca nie zatankuje też wody do baku. Każdy wierzący powinien robić to samo – zasilać duszę wartościowym „paliwem”. Inaczej zagubi się na oszalałej autostradzie współczesnego świata. 

Jak właściwie zasilać duszę?

Najlepsze „paliwo” dla duszy to regularne (najlepiej częściej niż tylko w niedzielę w przypadku Eucharystii, i co najmniej raz w miesiącu w przypadku spowiedzi), świadomie przeżywane życie sakramentalne. Właściwie to wystarczy, by ominęła ją jakakolwiek „kraksa”.

Jednak przez lata prób i poszukiwań udało mi się wypracować sprawdzoną recepturę na „paliwowe domieszki”, dzięki którym moja dusza nie tylko jest w stanie unikać kolizji, ale działać naprawdę na wysokich obrotach. Jeśli jednego z czterech jej składników zabraknie, mój duchowy silnik zaczyna rzęzić.

4 składniki „paliwa” zasilającego duszę

Pierwszą z moich domieszek jest uwielbienie. Zasada jest prosta, choć na początku trudna w zastosowaniu – Uwielbiam Boga za wszystko, ale tym bardziej, im gorzej mi się wiedzie. Dziękuję za udany dzień w pracy, uśmiech dziecka, zapach wiatru, ale też w chorobie, budżetowym kryzysie czy w innych nieprzyjemnych sytuacjach. To podstawa mojej osobistej relacji z Bogiem (o zaletach nieustannego dziękczynienia pisałem w tym wpisie).

Kiedy zaś potrzebuję solidnego „kopa” duchowego, staram się uczestniczyć w Wieczorach Uwielbienia, a najlepiej w rekolekcjach (polecam kursy organizowane przez Szkoły Nowej Ewangelizacji). Te kilka godzin lub dni spędzonych poświęconych Bogu, zwraca się z nawiązką. Jeszcze długo po ich zakończeniu mam pełny „bak” i jestem gotów do przebycia nawet najtrudniejszej trasy.

duszę
navets / Flickr.com

Przekonałem się też, że droga do zbawienia szalenie komplikuje się, kiedy wiara przeżywana jest samodzielnie. Bezcennym antidotum było dla mnie dołączenie do wspólnoty, z której nie tylko mogę czerpać na co dzień, ale też dawać siebie innym. W tej kwestii naprawdę warto pouprawiać nieco „churchingu”, by znaleźć grupę ludzi, którzy pomogą w rozwoju duchowym. To wspaniałe mieć świadomość, że gdy w duchowym baku pojawi się jakaś szczelina, zawsze obok będzie ktoś gotowy ją załatać.

Czwartym składnikiem, bez którego nie wyobrażam sobie, rozwoju duchowego jest regularna lektura. Czasopism chrześcijańskich także, ale przede wszystkim książek z kategorii duchowości. To one często skutecznie zachęcają mnie, by wyjść poza strefę własnego komfortu i udać się w podróż w dotąd nieznane mi (lub znane jeszcze za mało) mi obszary życia duchowego.

Szymon, na jakiego czekałem

I właśnie z lekturą związany jest zapowiedziany w tytule konkurs. Do wygrania są dwie książki Szymona Hołowni, pt. Holyfood, czyli 10 przepisów na smaczne i zdrowe życie duchowe.

Holownia_HolyfoodW mojej domowej biblioteczce znajdują się prawie wszystkie dzieła tego autora, który z moim gustem czytelniczym mocno zaprzyjaźnił się kilka lat temu książką „Tabletki z krzyżykiem”. Holyfood? Liczy niecałe 150 stron, za to zawiera w sobie treści, na jakie od dawna ze strony Szymona czekałem.

Hołownia nadal pisze inteligentnie, momentami zabawnie i wciąż z polotem. Ale w końcu mocno dzieli się własną duchowością, która – co mnie niezmiernie cieszy – w wielu momentach pokrywa się z moimi przekonaniami i doświadczeniami. Tym goręcej polecam najnowsze dzieło jego autorstwa.

Co trzeba zrobić, by je wygrać? Napisz w komentarzu, jakim „paliwem” najskuteczniej zasilasz swoją duszę? Dwóch autorów komentarzy (jedna osoba może wygrać tylko raz) z największą ilością głosów, otrzyma książki. Komentarze i głosy będą przyjmowane do 22 października do godz. 23:59. Powodzenia!

Ps. Jeśli nie chcesz czekać do rozstrzygnięcia konkursu lub nie uda ci się wygrać, polecam Hoolyfood w wersji elektronicznej. Ebook, po użyciu kodu za zapis na newsletter, wychodzi naprawdę tanio.