Stracone marzenia. Jak sobie z nimi poradzić?

stracone marzenia
Manuel Núñez Salinas / Flickr.com

Stresujesz się niepowodzeniami? Żałujesz zmarnowanych szans? Wzdychasz do ról, w które nigdy się nie wcielisz? Podzielę się z tobą tezą o mocy uwalniającej umysł z tak depresyjnych myśli.

Stracone marzenia

Jako dziecko miałem tylko jedno marzenie. Za to absolutnie najważniejsze. Chciałem zostać zawodowym piłkarzem, grać przez całą karierę dla ulubionego klubu i zdobyć mistrzostwo świata z reprezentacją Polski. Niestety, brak odpowiednich umiejętności w połączeniu z czynnikami niezależnymi ode mnie spowodował, że „karierę” klubową skończyłem już w trampkarzach.

Kiedy dorastałem, pojawiały się kolejne marzenia, których nie udało mi się spełnić. Nie zostałem sławnym piosenkarzem, bo zdolności wystarczyło mi zaledwie na wyróżnienia w lokalnych konkursach młodych talentów. Fascynuje mnie nauka języków obcych, lecz nie zdecydowałem się na studia filologiczne. Odwagi wystarczyło mi tylko na półroczny kurs języka szwedzkiego (z którego i tak już nic nie pamiętam).

Mogę pochwalić się również marzeniami, które z Bożą pomocą udało mi się spełnić, lecz jeszcze do niedawna zdarzało mi się rozmyślać, „co by było gdyby”.  Gra w koszulce z orłem na piersi, miejsce twojej piosenki na czołowym miejscu radiowej listy czy bycie poliglotą ma tak nie powtarzalny smak, że można za nim długo tęsknić, nawet jeśli się go ledwie liznęło…

Jak pozbyłem się żalu po utraconych szansach? Przeczytałem (niestety, nie pamiętam już gdzie) genialną tezę, która również dla ciebie może stać się prawdziwym błogosławieństwem.

Życie to tylko próba generalna przed wiecznością

Przeważnie życie wieczne przedstawia się jako nagrodę za „dobre życie ziemskie”, której przeciwieństwem jest piekło. Zbieranie plusików i unikanie minusów przy nazwisku po to, by finalnie znaleźć się w niebie, zawsze wydawało mi się mocno spłyconym obrazem ziemskiej egzystencji.

Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie koncepcja, według której wszystko, czym zajmujemy się w czasie ziemskiego życia, przygotowuje nas do roli, jaką mamy pełnić w życiu wiecznym. Taka próba generalna przed prawdziwym występem. Z takiej perspektywy wszystkie porażki, stracone marzenia czy niewykorzystane szanse wyglądają zupełnie inaczej. Są zalążkiem czegoś, czym w przyszłym życiu mogę zakwitnąć w pełnej okazałości.

Pamiętam, jak wielokrotnie zachwycałem się Bożym planem wobec mnie, kiedy w nowym miejscu pracy akurat bardzo potrzebowałem umiejętności, którą zdobyłem (czasami niechętnie lub przez przypadek) u poprzedniego pracodawcy. Czemu więc taki łańcuch przyczynowo-skutkowy, dotyczący rozwoju indywidualnego cudu – człowieka, miałby zostać zerwany w życiu wiecznym?

Jeśli zastanawiasz się, czy w takim razie widzę siebie w niebie bardziej w roli Roberta Lewandowskiego czy frontmana zespołu Hillsong United, odpowiedź mogę mieć tylko jedną:

„Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi,
ale jeszcze się nie ujawniło,
czym będziemy.
Wiemy, że gdy się objawi,
będziemy do Niego podobni,
bo ujrzymy Go takim, jakim jest.” (1J 3, 2)

Nie wiem, jeszcze kim będę. Najważniejsze, że będę podobny do Boga. Coś więcej? Nie wiem. Za to jestem przekonany, że zamiast zajmować się roztrząsaniem dawnych marzeń, lepiej marzyć o niebie i tęsknić za spotkaniem z Bogiem. Może Ojciec niebieski zechce bym coś dla niego zaśpiewał lub strzelił Mu bramkę z przewrotki?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o